2016/11/25

Fanfiction: Bez ostrzeżenia (część XII)


Fanfiction

Tytuł: Bez ostrzeżenia
Część: XII
Fandom: Shadowhunters
Gatunek: komedia

O wyznaczonej wcześniej godzinie, Magnus zaczął wyganiać swoich towarzyszy z domu. Był niecierpliwy i chciał jak najszybciej przejść do działania i konkretów. Był przecież człowiekiem czynu i nawet on irytował się bezczynnym siedzeniem na tyłku i niekończącym się planowaniem. Teraz wszystko to miało się zmienić, teraz miał przejść do akcji i z całą mocą czuł na sobie ciężar niedalekiej przyszłości.
Zresztą nie tylko on. Jego przyjaciele zapewne również powtarzali w myślach to jedno istotne pytanie: „a co zrobię jeśli...?”. „Co zrobię jeśli czarownik się nie nabierze?”, „Co zrobię jeśli eliksir nie zadziała?”, „Co zrobię jeśli będzie miał gościa, który nie będzie skory wyjść?”. Zadziwiające jak wiele może się nie udać, w przypadku prostego, banalnego wręcz planu.
- Chyba zaraz zwymiotuję. - Alec objął ramionami brzuch, ale dzielnie parł do przodu chodnikiem, nie zatrzymując się ani na krok. Przyjaciele musieli tylko przekręcić głowy pod odpowiednim kątem, aby móc na niego spojrzeć. - No co? To nie moja wina, że to ciało reaguje na stres nudnościami!
- To nie prawda! - oburzona Clary zmierzyła chłopaka ostrym spojrzeniem. - Nigdy nie wymiotowałam ze stresu, ani nawet nie byłam temu bliska!
- Po prostu nie zwracałaś na to do tej pory uwagi. Dla ciebie to było normalne. - Alec rozłożył ramiona na boki. - To ciało jest jak pies Pawłowa! Nawet zaczyna się ślinić, kiedy tylko czuje zapach palonej kawy!
Cóż, w to akurat Clary potrafiła uwierzyć. Winna! Już od pewnego czasu podejrzewała, że jest uzależniona od kofeiny, więc teraz nie mogła zaprzeczyć słowom Aleca.
- Alec, znowu przesadzasz. - Jace westchnął ciężko klepiąc przyjaciela po ramieniu.
- Doprawdy? - młody Lightwood spojrzał groźnie na przyjaciela.
- Zawsze mogłeś obudzić się w ciele naszej matki. - Isabelle ruszyła przyrodniemu bratu na ratunek. - Co byś wtedy powiedział, braciszku?
- Nienawidzę, kiedy masz rację.
- Wiem. - Izzy posłała Alecowi jeden ze swoich najsłodszych i najbardziej niewinnych uśmiechów. Poklepała go po ramieniu tak, jak wcześniej zrobił to Jace.
Magnus uśmiechnął się pod nosem. Nocni Łowcy chyba nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że potrafili bez najmniejszego problemu rozładować napiętą atmosferę. Wystarczyło pozwolić im na chwilę dziecinnego przekomarzania się i rezultaty były natychmiastowe.
Komórka w jego kieszeni zawibrowała, odebrał więc nadal zadowolony, co było słychać w jego głosie i czego jego rozmówczyni nie zapomniała skomentować.
„Dobrze się bawisz?” komórka zniekształcała nieznacznie głos Catariny.
- Nie najgorzej. - opowiedział zaczepnie. - Jesteśmy już niedaleko.
„Tym lepiej, ponieważ ja jestem gotowa i mam dosyć czekania. Chcę mieć to już z głowy. Mam odnowić znajomość z kimś, kogo planowałam nie widzieć przez najbliższe kilka stuleci. Nawet teraz jest na to dla mnie zbyt wcześnie. W każdym razie, robię to dla większego dobra, więc lepiej się pospiesz zanim obleci mnie strach i zmienię zdanie.”
- Jasne, daj nam pięć minut. - pożegnał się z przyjaciółką i popędził swoją ekipę.

Catarina wyglądała naprawdę pięknie. Wystroiła się i Magnus był pewien, że Sigfrid nie odmówi, kiedy kobieta zaproponuje mu kieliszek wina. Nawet jeśli nadal będzie na nią wściekły za to, jak go potraktowała, na chwilę zapomni o urazach i wpadnie w zastawione na niego sidła. Zresztą, nawet jeśli już pogodził się z rozstaniem i szalał za kimś innym, w co Magnus nie wątpił znając wielu innych czarowników pokroju Sigfrida, to nie odmówi sobie spędzenia chwili w towarzystwie tak pięknej kobiety. Nie wspominając już o poczuciu wyższości jakie będzie mu towarzyszyć, kiedy Catarina pojawi się na jego progu z przeprosinami na ustach, z wyśmienitym winem w dłoni i w niewątpliwie najlepszej sukni jaką posiada. Może trochę staromodnej, ale przypominającej im obojgu o spędzonych wspólnie chwilach. O tak, Magnus nie miał najmniejszych nawet wątpliwości, że Sigfrid wpadnie jak śliwka w kompot.
- Wyglądasz olśniewająco! - skomplementował przyjaciółkę.
- Za to ty nadal nie jesteś sobą, więc załatwmy to czym prędzej, żebym mogła wcisnąć się w swoje dresowe spodnie i odpocząć jak należy. - cóż, flirt z Catariną nigdy nie należał do najłatwiejszych zadań. Ta kobieta potrafiła być czuła, kochająca i jednocześnie oschła i zimna jak gdyby te cechy wcale się nie wykluczały. Może dlatego miała takie powodzenie wśród szemranych typów, którzy zawsze grali Magnusowi na nerwach.
- Wino. - podał kobiecie ładnie zapakowany trunek i uśmiechnął się szeroko. - Tylko nie próbuj kosztować, bo będzie nam ciężko znaleźć księcia do pocałunku, który cię obudzi.
- O to się nie martw. Nawet twoje najlepsze wina nie są w stanie mnie skłonić do picia w towarzystwie Sigfrida. - Catarina zamarła z palcami o centymetr od czoła. Niemal się zapomniała i przesunęła dłonią po włosach, co najpewniej skończyłoby się długim i wyczerpującym poprawianiem fryzury, a tego akurat wolała uniknąć dla dobra własnej psychiki. Zawsze stawiał na prostotę i poręczność, co bardzo jej pomagało podczas pracy. Nad upięciem włosów w sposób, który przynajmniej minimalnie będzie pasował do jej stroju spędziła wieki. Nie przeżyłaby kolejnej udręki. - Dobrze, miejmy to za sobą. - powiedziała i skupiła się na wyczarowaniu stosownego portalu.
Przeszła przodem, a za nią podążyli Nocni Łowcy. Magnus w ciele Aleca przeszedł przez mieniącą się fioletem zasłonę energii jako ostatni. Uwielbiał to uczucie. To subtelne, słodkie niemal ssanie w żołądku i łaskotanie odsłoniętej skóry, kiedy magia otaczała ciało niczym woda. Jakże żałował, że bez magii musiał ograniczyć się do głupich spacerów i komunikacji miejskiej! Tylko Catarina ratowała sytuację i nie pozwalała mu zapomnieć, jakim jest szczęściarzem będąc tym kim jest. A przynajmniej kim był.
Dom Sigfrida był pokaźną willą, którą można było dostrzec w oddali nawet bez użycia run. Odznaczał się na tle lasu bielą i złotem, jakby ktoś wyciągnął go z jakiejś naiwnej bajki dla napalonych na książęta nastolatek. Nikt nie zdziwiłby się nawet, gdyby przed wejściem stała kareta zaprzężona w kilka koni. A już na pewno nie dziwiłby się temu Magnus. Sam podejrzewał, że nadal ma sentyment do końca XVIII i początków XIX wieku.
Catarina poprowadziła ich w stronę willi rzadko uczęszczaną, osłoniętą przez drzewa drogą. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, znała te rejony jak własną kieszeń, ponieważ wielokrotnie odwiedzała swojego byłego kochanka, nie mówiąc już o spacerach, przejażdżkach konnych, piknikach. Niechciane wspomnienia powracały, kiedy mijała miejsca, które wydawały się równie niezmienne, co sami czarownicy. Czy dawne uczucia również do niej powrócą, kiedy po tak długim czasie spotka się z Sigfridem?
- Tutaj musicie się zatrzymać. - powiedziała, kiedy tylko kilka kroków dzieliło ich od wyjścia na otwarty teren. - Jace, bądź tak miły i użyj runy niewidzialności. - zwróciła się do blondyna. - Kiedy wejdę do środka, będziecie mogli swobodnie podejść bliżej i ukryć się w różach rosnących przy ogrodzeniu. Mam nadzieję, że nadal tam rosną... Idziemy! - spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał Jace.
Biorąc głęboki, uspokajający oddech ruszyła przed siebie. Próbowała myśleć o tym, co będzie robiła, kiedy wróci do domu i zostawi wszystko to za sobą. Usiądzie w salonie z książką na kolanach i włączonym telewizorem. Może z nudy obejrzy powtórkę jakiegoś serialu kryminalnego. Napije się kawy, zje kilka czekoladek i po prostu będzie wiodła dalej swoje owocne, chociaż nudne i monotonne życie pielęgniarki.
Brama prowadząca na teren rezydencji Sigfrida była otwarta, co mogło świadczyć o obecności w domu gościa lub nieobecności pana domu. Mimo wszystko kobieta postanowiła nie skłaniać się ani do pierwszej, ani do drugiej opcji. Stając na ganku zachęciła niewidzialnego Nocnego Łowcę do zrobienia szybkiego rekonesansu i uśmiechnęła się słysząc cichy pomruk zgody. Teraz musiała tylko czekać. Próbowała odliczać sekundy, ale tylko się przy tym irytowała, więc zamiast tego gładziła palcem liście oplatającej poręcz rośliny.
- Nikogo nie widać, więc chyba jest czysto.
Kobieta aż podskoczyła, kiedy Jace odezwał się niespodziewanie, stojąc niewidzialny tuż obok niej. O mały włos nie upuściła butelki z winem, czego Magnus na pewno by jej nie wybaczył i co mogłoby ich wiele kosztować.
- Dobrze. - szepnęła i niewiele myśląc nacisnęła na dzwonek, którego cicha, przyjemna dla ucha melodyjka dobiegła z drugiej strony drzwi.

Catarina zaczynała już poważnie wątpić w to, że czarownik jest w domu, kiedy drzwi niespodziewanie stanęły otworem, a ona drgnęła zaskoczona gwałtownym ruchem.
Z początku go nie poznała. Wyglądał zgoła inaczej niż go zapamiętała, kiedy spotykali się całe wieki wcześniej. Nadal był wysoki i szczupły, jednak teraz wydawał się jej mniej kanciasty i chyba nawet przystojniejszy. Och, dobrego wyglądu nie mogła mu odmówić nigdy, bez względu na to, co mówił o nim Magnus, ale teraz mogła przyznać z całą powagą, że czas niewątpliwie służył Sigfridowi.
Jego oczy nadal są ciemne, niemal czarne, jednak mają w sobie blask, którego dawniej nie miały. Włosy, dawniej mysie, jak określił to Magnus, mieniły się różnymi odcieniami blondu, przez co w słońcu przypominały niemal złote wstęgi brokatu. Nawet jego rogi, zakręcone nieznacznie na środku, miały w sobie coś uroczego. Jak Catarina mogła go rzucić? Ubrany w modny garnitur z białego lnu wydawał się młodym bóstwem.
- Cat? - mężczyzna wpatrywał się w nią zaskoczony, ale jego mocny, zachrypnięty lekko głos sprowadził kobietę znowu na ziemię.
- Tak, to ja. - powiedziała zagubiona. - Mogę wejść?
- Oczywiście! Wchodź! - czarownik odsunął się robiąc jej miejsce. - Jestem zaskoczony. Minęło tak wiele czasu.
- Tak. To prawda. - Catarina spojrzała na trzymane w rękach wino i powoli zebrała myśli. Nie, nie zrezygnowała z pomocy Magnusowi. Nie ważne jak zniewalający wydaje się jej Sigfrid. Jeśli ma coś wspólnego z tym pentagramem na planie miasta, wolała dowiedzieć się o tym zanim znowu się w nim zakocha.
Mężczyzna wprowadził ją do salonu i z galanterią wskazał miejsce na sofie.
- Ach, właśnie! To dla ciebie. - powiedziała podając mu butelkę z zakłopotanym uśmiechem, który był elementem jej gry, do której wróciła po chwilowym zamroczeniu. Usiadła. - Chciałam przeprosić za to, jak cię dawniej potraktowałam. Słyszałeś o Ragnorze, prawda? - mężczyzna skinął głową. - Jego śmierć uświadomiła mi, że może i jesteśmy wieczni, nieśmiertelni, ale jednak można nas zabić. Zastanawiałam się nawet ile osób, które znałam, które zostawiły swój ślad w moim życiu już nigdy nie będzie jego częścią. - spojrzała na rozmówcę smutnymi oczyma. - Wiem, że już za późno żebyśmy mogli znowu być razem, ale chcę mieć w tobie przynajmniej przyjaciela. Tak bardzo mi przykro... - pociągnęła nosem. Nawet nie wiedziała, że potrafi tak dobrze grać. Chociaż gdyby Sigfrid nie był tak zaskoczony jej obecnością na pewno domyśliłby się, że podejrzanie dużo mówi. Cóż, widać trzeba się trochę nachylić i pokazać dekolt.
- Och, Cat! - czarownik usiadł obok niej i ujął jej dłonie w swoje.
Rybka połknęła haczyk!

1 komentarz:

  1. Witam,
    och robi się tutaj coraz ciekawiej, nasz podejrzany wyprzystojniał, ciekawe czy napije się tego wina ;]
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń